|
wtorek, 21 grudnia 2010
BRACIA KARAMAZOW
No a poza tym, to czytam tu. W końcu dokończyłam Braci Karamazow i jest to zdecydowanie, absolutnie i totatalnie, najgenialniejsza rzecz, jaką czytałam. Dostojewski jest mistrzem. Odczuwam lęk przed czytaniem czegokolwiek innego, ponieważ nie chcę zniszyc wrażenia pełni, geniuszu, aktualizacji pewnej potencji, jakiego nabrałam przy lekturze Braci. Książka jest tak kompleksowa, że znika bariera między literaturą a rzeczywistością, między światem a jego językowym odzwierciedleniem. Po raz pierwszy miałam czułam, że język wcale nie jest zbyt ubogim narzędziem do opisywania rzeczywistości. Żeby było zabawniej, Dostojewski przy tej właśnie językowej pełni, pokazuje, że nic nie jest oczywiste. Jestem zła, że umarł i nie napisał kolejnej części. Chwilowo najbliżej mi do Dymitra:
Nauczę się kiedyś ruskiego tak, że to przeczytam w oryginale. PSYCHIATRYCZNY PRZEMYSL TYTONIOWY
Dziś równo dwa tygodnie od kiedy jestem w szpitalu dla pomyleńców z powodu niepopełnionej próby samobójczej i chronicznego schujowacenia mózgu. Czuję jak depresyjna kurwica wyżera mi neurony, które potem dzielnie i wytrwale odbudowuje mi D., poprzez głaskanie, mruczenie, miauczenie i seks w moim ulubionym afrykańskim stylu. Staram się, ale jest chuj. Chodzę na ergoterapie. Dzis na malowalam dwa niebieskie jabłka. I na grupowa terapie. Ocipiec mozna. Staram sie nieinwazyjnie przetrawic niemiecka maniere tlumaczenia zakazow regulaminami, a nie zdroworozsadkowymi uzasadnieniami. I chuj. Zamiast się ustabilizowac mniej wiecej, geometrycznie rośnie mi amplituda nastrojów. Sometimes I hate myself, sometimes I love myself. Jem, nie spie w dzien, myje sie, nie sikam do szklanek. Rano jest tragedia. Nic tylko rozstrzaskac sobie leb o najblizsza sciane. Wieczorami natomiast unosze sie 30cm nad ziemia, moge czytac, myslec i sie kochac. Rano czuje sie jak bezbozna wersja Hioba, oskubany indyk, ktoremu za wieczorna radosc, czulosc i zakochanie, swiat zza okna przysyla info o niezaplaconych 700 ojro. Zawsze kurwa cos. Wydaje mi sie, ze jestem Alosza, Iwanem i Mitią Karamazow, na starosc sie zmienie w ich ojca, którego oni nie zabija, ale bardzo beda chcieli.
sobota, 06 listopada 2010
OBCIĄGNĘŁAM SPRZEDAWCY KEBABA
Zrobiłam laskę sprzedawcy kebeba. Jedyną refleksją dokumentującą to zdarzenie w mojej prywatnej mentalnej przestrzeni jest stwierdzenie istnienia warst społecznych plus wymiar normatywny. Wczoraj zgubiłam się w N., zapomniałam adres, pod który miałam się udac, rozładowała mi się komóra. Szłam ulicą, lało. Podjechał samochód wolno, a w samochodzie F. Pozdnaliśmy się parę miesięcy temu. Kupowałam u nie go duruma. Bosko, nieprawdaż? Głupio mi, bo wolałabym obciągac komuś z dyplomem uczelni wyższej chocby, czy coś w ten deseń... Głupie to w chuj. Bo jakie to ma znaczenie, gdy i tak szlo tylko o ruchanie. Takie mam poczucie zezwierzęcenia. F. się patrzy na mnie, kutas mu stoi aż miło, a mi się robi mokro w gaciach, bo on się na mnie tak patrzy. Masakra. W jakimś sensie kompletnie nie ogarniam, że ludzie mają na siebie taki wpływ, że istnieje pożądanie, no i cały ten kartezjański problem. Dziwnie. Nie wiem, co mam o tym myślec.
sobota, 25 września 2010
ZNOWU SIĘ ZESZMACIŁAM.
Wróciłam wczoraj do domu po nocnym pijackim łażeniu po górach w towarzystwie pięciu młodych przystojnych niemieckich mężczyzn, których urzekła spontanicznośc, emocjonolnośc, ciepło słowiańskiej duszy, a nade wszystko brak jakiegokolwiek umiaru. Pogaństwo. Muzyka, słowa, zapach mężczyzny, rytm, rytm, rytm posuwisty. Szał pizdy. Próżnośc. Dzicz. Sawanna. W ogóle nie powinnam pic, jak biorę leki. Znowu włączyła mi się moja Besserwisserei i próba analizowania czyichś marnych egzystencji i lansiarskie podkreślanie zajebistości mej własnej. Żałośc. Skończyłam rzygając z łóżka na podłogę, bo nie byłam w stanie się podnieśc. Przespałam pójście do pracy. Nie wylazłam z łóżka. Zamiast mózgu zielone groszki i cienke wstążeczki. Rzygi ciągle na dywanie. Leżę horyzontalnie i oglądam Archiwum X. Rozumie mój, rozumie, czemuś mnie opuścił?
czwartek, 23 września 2010
NIE BĘDZIE ŚLĄZAK PLUŁ NAM W TWARZ.
Porzucił mnie mężczyzna. Ślązak. Pierwszy raz w życiu jestem zła na kogoś, a nie na siebie. Tzn. porzucił mnie z miesiąc temu. Ale w związku z faktem, że nie mam wobec kogos ujawnic małostkowości, zawiści, złości i agresji, którą wobec niego żywię, uzewnętrzniam się wirtualnie. Ślązak ów przesiadywał na moim balkonie, jarał szlugi jak na prawdziwe mężczyznę przystało, rozsiadywał się prawiąc sentencję, posługiwał się piękną polszczyną i ruchał mnie jak świeżo upolowaną antylopkę na sawannie. Od tyłu. Tak jak lubię. Naturalny domin. Surowe mięso. Mrruuauuuu. Jestem zła. Pojechał sobie do ojczyzny, zakochał się w jakimś pasztecie.
Teoretycznie, w końcu wykazuję normalne objawy atrybucji.
Czerpię siłę z wkurwienia.
Amen. |
O autorze
Ostatnie wpisy
Zakładki:
| |||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||